Bartek Muracki | Fotografia koncertowa

Fotografia koncertowa, zdjęcia z imprez – reggae i nie tylko :)

Raz Dwa Trzy w Trójce

Dawno nie byłem w Trójkowym studio koncertowym. Tak dawno, że zapomniałem już że scena jest tuż tuż, na wyciągnięcie ręki. Że mieści się tam raptem kilkanaście rzędów krzeseł. Że fotografowanie tam koncertu, którego jednocześnie w radio słuchają tysiące ludzi ma w sobie coś niezwykłego.

Read the rest of this entry »

 

New Model Army w Stodole

Są koncerty, na których po prostu nie wypada nie być, są też takie, na które idzie się głównie z sentymentu.Wtorkowy występ New Model Army zaliczyłem od razu do tej drugiej kategorii. Z jednej strony, bardzo lubię niektóre ich numery, z drugiej jednak – znam raptem “The Best Of” kapeli i nic ponadto (albo jeszcze mniej). Muzykę NMA umiejscawiam w swoich wczesnolicealnych okolicach, jak przez mgłę pamiętam, że pierwszy raz usłyszałem ich piosenki za sprawą mądrzejszej koleżanki, do której ówcześnie smaliłem cholewki. Potem zapomniałem o zespole – na długie lata.

Read the rest of this entry »

 

Tony Allen – legenda afrobeatu!

“Kultowy”, “legenda” i “ikona” to trzy notorycznie nadużywane określenia, szczególnie często spotykane w koncertowych notkach prasowych. Zazwyczaj na wyrost. Nie tym razem, gdyż Tony Allen zasługuje na pokłon do samej ziemi! Serdeczne podziękowania dla organizatora – Krzyśka Gałkowskiego. Czekamy na kolejnych artystów tego kalibru!
Read the rest of this entry »

 

Lech Janerka w Muzeum Powstania Warszawskiego

Nie przypuszczałem, że w tym wieku będę jeszcze mógł przeżywać swoje “pierwsze razy”. A jednak – w sobotni wieczór (chociaż wstyd się przyznać) po raz pierwszy miałem przyjemność słuchać na żywo Lecha Janerki i jego kapeli. Zwykle pierwsze razy zazwyczaj bywają nerwowe i po latach wspomina się je raczej z zakłopotaniem, cóż, ten koncert będę pamiętać jako rewelacyjny występ. Praktycznie tylko “co lepsze kawałki”, kapela i Lechu w świetnej formie muzycznej i wokalnej. I to niezwykłe miejsce, z wiszącym nad głowami Liberatorem! Read the rest of this entry »

 

Hey w Stodole (22.10.2010)

Jeżeli muzyka odgrywa w Twoim życiu istotną rolę, na pewno masz jeden lub kilka zespołów, które towarzyszą Ci od lat, a na ich płyty zawsze znajdzie się miejsce na półce. Dla mnie taką kapelą jest właśnie Hey – trudno mi spamiętać sytuacje dla których “soundtrackiem” były numery Kaśki Nosowskiej, za dużo tego było…

Ostatnia płyta Heya “Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” spodobała mi się od razu, bo lubię inteligentną elektronikę połączoną z ciekawymi i niebanalnymi tekstami. Tym większa była moja radość, gdy usłyszałem o koncercie w Stodole. Zapakowałem do torby aparat z lufami, na ramię zarzuciłem monopod i wyznaczonego dnia pognałem na Batorego. Przed wejściem powitała mnie kolejka, sięgająca prawie do Al. Niepodległości, a w środku nie było lepiej – wewnątrz kłębił się tłum, czekający na otwarcie głównej sali. Po kilku minutach byliśmy już w środku wypełnionej po brzegi Stodoły. Read the rest of this entry »

 

Pustki i Ursula Rucker na 20-lecie “Gazety Stołecznej”

To już dwadzieścia lat Gazety Stołecznej! Z tej okazji postanowiłem odwiedzić redakcję przy Czerskiej, która na jeden dzień zamieniła się (dosłownie) w salę koncertową – w głównym hallu na parterze ustawiono scenę i nagłośnienie. Mając w pamięci wiele imprez organizowanych w improwizowanych “na szybko” miejscach (stare hale w koszarach czy oszklone sale, mające wytrzymać kilowaty basu), obawiałem się czy kapele zabrzmią dobrze i czy kłopoty z dźwiękiem nie położą koncertów. Na szczęście brzmienie było bardzo dobre, nie pozostaje nic innego jak robić tam więcej imprez. Read the rest of this entry »

 

10.09.2009

Warszawa

 

John G. Morris – Moja historia fotografii prasowej

Lubię fotografię i lubię czytać o fotografii. Dlatego ucieszyłem się, gdy w moje ręce wpadła biografia Johna G. Morrisa – fotografa i fotoedytora (m.in. Life, Washington Post, National Geographic, New York Times) oraz współzałożyciela słynnej agencji Magnum. Opowiedziana na kilkuset stronach historia wciągnęła mnie natychmiast.

zdobyc-zdjecie-moja-historia-fotografii-prasowej_john-g-morrisimages_big21978-83-60279-20-5Z perspektywy człowieka, który na fotografię analogową załapał się u schyłku jej życia (przynajmniej powszechnego), biografia Morrisa to w dużej części historia heroicznego zmagania się z niedoskonałością techniki. Klisze cudem pokonujące tysiące kilometrów (bez mobilnego internetu), nieustanna gonitwa z czasem i ciemnia, gdzie chwila niedbalstwa laboranta wystarczyła by zniszczyć efekt kilkumiesięcznej pracy reportera.

Jeżeli nie są Ci obce nazwiska Henry’ego Cartier-Bressona, Roberta Capy czy Eugene Smitha i ciekawi Ci jak rodziła się ich legenda – ta książka jest dla Ciebie. Losy swoje i przyjaciół Morris opisuje z humorem, nie szczędząc anegdot, ale często poruszając także kwestie poważne. Wpisana wpisana w zawód reportera wojennego śmierć jest częstym gościem na kartach biografii – giną fotograficy, ale przede wszystkim ludzie będący po obu stronach konfliktu, tak żołnierze jak
i cywile.

Cała zawodowa kariera Johna Morrisa stanowi zaś manifest przeciwko bezsensowi i tragedii wojny. Mocna lektura, którą serdecznie polecam.

 

Przepis: Pesto pietruszkowe, smaczne i zdrowe.

Są takie dni, szczególnie na jesieni, gdy nie masz ochoty gotować i jedyne o czym marzysz to pizza na telefon. Na ratunek przychodzi wtedy mały słoiczek sosu pesto. Ma intensywny ziołowy smak, podkreślony ostrym akcentem czosnku, a całość zanurzona jest w doskonałej aromatycznej oliwie.

Pomysłów na przepisy z pesto jest mnóstwo – na początek warto spróbować tego najprostszego, który ujawnia pełnię smaku sosu. Ugotowany al dente makaron tagliatelle odcedzamy i wrzucamy na talerz, na górę dodajemy kilka łyżek sosu pesto i parę ćwiartek świeżego pomidora.

Oryginalne pesto alla genovese (nazwa pochodzi od łacińskiego “pesta” – czyli “miażdzyć”) to sos, składający się z bazylii, czosnku, sera parmiggiano regano (dowolny twardy włoski się nadaje, np. pecorino), orzechów piniowych oraz oczywiście dobrej jakościowo oliwy z pierwszego tłoczenia.

Ponieważ w naszych sklepach pesto jest dosyć drogie – niewielki słoiczek potrafi kosztować nawet 20 złotych – warto od czasu do czas zakasać rękawy i zrobić swoje własne. Wyjdzie sporo taniej, a smak… chyba nawet lepszy. W mojej skrzynce obrodziła pietruszka i zasłoniła swoją nacią wszystko dookoła, postanowiłem że będzie świetnym zamiennikiem bazylii i wybrałem się na żniwa.

Potrzebujemy:

-    natka pietruszki: najlepiej wyhodować samemu, ale jeśli akurat nie mamy pod ręką, wystarczą dwa spore pęczki
-    ok. 4-5 sporych łyżek tartego sera: parmezan, pecorino, lub inny twardy włoski
-    1 duży ząbek czosnku pokrojony w ćwiartki
-    ? szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia
-    garść orzechów piniowych lub płatków migdałów
-    świeżo mielony pieprz i sól, wedle smaku
-    robot kuchenny lub blender

To jeden z najprostszych technicznie przepisów, jakie u nas znajdziesz – ale w prostocie tkwi siła, za to właśnie kocham włoską kuchnię.

Natkę pietruszki siekamy, dodajemy ser, czosnek, przyprawy i orzechy (lub migdały). Całość wrzucamy do robota i miksujemy, aż przybierze w miarę jednolitą konsystencję (oczywiście sos nie będzie nigdy gładki). Miksując trochę wolniej wlewamy powoli oliwę, która powinna zgrabnie połączyć się z resztą sosu – jeśli tak się stało, nasz sos jest gotowy!

Przelewamy go do małego słoiczka – z tego przepisu otrzymamy mniej więcej pół szklanki sosu. Nie znam chyba nikogo, kto umiałby się oprzeć tej dzikiej zielonej uczcie.

Nie wiem też, czy ktokolwiek zniesie fraszkę do dzisiejszego przepisu:

grudki twardego sera
materazzi
zbiera

 

Przepis: zupa krem z cukinii

Czas na cukinię – to kolejne warzywo, które warto mieć pod ręką. Nie jest specjalnie drogie (poza sezonem 3-4 zł za średniej wielkości egzemplarz, w sezonie taniej), za to świetnie pasuje do wielu ciekawych dań. Samo wspomnienie makaronu parpadelle z czosnkiem, smażonymi plastrami cukini i sosem vinegret przyprawia mnie za każdym razem o tęskny skurcz żołądka.

Składniki:

-    dwie średnie lub duże cukinie
-    włoszczyzna / warzywa suszone / od biedy kostka rosołowa ;-)
-    łosoś wędzony, opakowanie ok. 100g lub większe
-    trzy ziemniaki
-    garść startego parmezanu lub pecorino
-    odrobina ziół: rozmarynu, bazylii, tymianku (z tym ostatnim ostrożnie, bo lubi się wywyższać ponad inne)
-    sól i pieprz do smaku
-    grzanki do posypania zupy

Nie samym jednak makaronem człowiek żyje, a aby zachować sensowne proporcje wagi do wzrostu należy raz na jakiś czas naszą przyjaciółkę cukinię wykorzystać do produkcji zupy-kremu.

Zaczynamy od zwykłego bulionu, oczywiście najlepiej jest wywar upichcić od podstaw, pozostawiając super smaczne kostki rosołowe Pascalowi (skoro mu tak zależy). W tym celu do garnka wody wrzucamy włoszczyznę lub suszone warzywa, a w chwilę później pokrojone w artystycznie niedbałą kostkę ziemniaki.

Gdy wywar bulgocze w garnku, obieramy cukinie ze skórki i kroimy w grubą kostkę. Nie trzeba się do tego zbytnio przykładać, bo niebawem i tak będziemy całość miksowali. Gdy wywar jest gotowy (po kilkunastu minutach), dodajemy cukinię i zioła, mieszamy i czekamy kolejne kilka minut, aż całość zmięknie. Niektórzy wolą przed dodaniem cukini przesmażyć ją na oliwie, ale skoro można bez szkody dla smaku oszczędzić sobie smażenia, warto to zrobić.

Zbliżamy się do końca – całą zupę przelewamy do robota kuchennego (wkładamy ostrze “koktajlowe”, czyli wersja blender) i miksujemy kilkanaście sekund. Równie dobrze można użyć oldschoolowego miksera ręcznego z odpowiednią końcówką “blendującą” – rzecz jasna wtedy miksujemy bezpośrednio w garnku, po czym 20 minut myjemy ściany w kuchni.

I teraz gwóźdź programu – niektórym sam krem może wydawać się odrobinę monotonny i ekscytować smakowo nie bardziej niż przecier dla niemowlaka. Aby temu zaradzić, wyciągamy z lodówki naszą tajemną broń z Norwegii – wędzonego łososia! Kroimy go w cienkie paski (im więcej tym lepiej) i wrzucamy do zmiksowanej zupy, mieszając całość jeszcze przez chwilę na małym ogniu. Doprawiamy do smaku pieprzem i solą, wlewamy w miseczki, a górę dekorujemy grzankami. Voila!